niedziela, 30 listopada 2014

Mashupy fajna rzecz. Ot choćby taki, znaleziony zupełnie niedawno, udowadniający, że Robert Plant bardzo dobrze pasowałby wokalnie do Black Sabbath. Aż szkoda, że zamiast tego trafił do Led Zeppelin ;) Miłego słuchania.

czwartek, 20 listopada 2014

Zacznijmy od tego, że śmiech porywa mnie pusty, gdy słyszę, że "The Endless River" to nowa płyta Flojdów. OK, przyjmijmy, że ścinki ze śmietnika poskładane w album to "nowa" płyta, choć tak naprawdę to odpady sprzed 20 lat, bo pamiętają sesje "The Division Bell". Ot, taki chamski skok na kasę. Udany - ludność ruszyła kupować płytę hurtem, co tylko dowodzi, jak gówniany jest obecny rynek płytowy. Bo umówmy się - "The Endless River" może nie zasługuje na nazwanie jej śmieciem, ale ma jedną niewątpliwą wadę. Mianowicie nie wywołuje kompletnie żadnych emocji. Ale skoro gros albumu to sytezatorowe plamy i gitarowe plumkanie, to ciężko, by było inaczej. Owszem, są tu miejscami skojarzenia z "Ciemną Stroną", z "Wish You Were Here", suitą "Echoes", "The Wall", są wyraźne reminiscencje "The Division Bell", ale jest to wszystko strasznie bezpłciowe, wysilone i nawet gitara Gilmoura ani razu nie wywołała u mnie ciarków. Nie ma tu nic, co byłoby zapamiętywalne, nic co by wywołało jakieś większe emocje. Ot, poprawna muzyka tła plus na finał mdława balladka. To niestety najsłabsza pozycja w obszernym flojdowskim katalogu i zwyczajnie smutno mi, że takie coś go zwieńcza. Bo umówmy się - "High Hopes" kończące "The Division Bell" było fajnym epitafium dla Pink Floyd. A teraz mamy coś tak niepotrzebnego.

Jedno mnie tylko dziwi - czołobitność i uwielbienie dla tej płyty. Nawet u nas. Rozumiem, że Kaczkowski - jemu się wszystko podoba. Ale taki Weiss daje w "Teraz Rocku" maksymalną ocenę, to mnie chuj trafia z miejsca. Bo jeśli wyciągnięte z kubła na śmieci ścinki dostają notę 5/5 to "Dark Side" zasługuje na ile, na 15? A najgorsze jest to, że i tak ten album kupię. No bo jakby nie patrzeć mój Najważniejszy Zespół Świata i nie mam wyjścia. Fuck you, David. Fuck you very much.

czwartek, 13 listopada 2014

Jim Henson był bogiem, a Muppet Show to dzieło skończoego geniuszu, amen. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, w latach 80. puszczała Muppety nasza TVP2. Oglądałem pasjami, wówczas zachwycając się Szwedzkim Kucharzem i sucharami Fozziego, a mniejszą wagę przykładając do gości specjalnych, bo jako dziecko nie mogłem wiedzieć, kto to Liberace czy John Cleese, albo co to Star Wars. Generalnie przez program przewinęli się naprawdę giganci lat 70. czy 80. może poza Bitlami czy Stonesami. Nawet ci kontrowersyjni, jak Alice Cooper, który uświetnił odcinek halloweenowy z roku 1978. Co prawda jego kariera nieco już pikowała, ale wciąż był atrakcją. I świetnie wypadł, z ogromnym dystansem i humorem wykonał dwa swoje numery (w sumie szkoda, że nie "Only Women Bleed" czy "Cold Ethyl" :D ) i udowodnił, że da się lubić. A że cały odcinek był pierwszoklaśny, to w ramach miłego prezentu proszę bardzo - dobrej zabawy życzę :)

 

środa, 12 listopada 2014

Dawno nie było nic o filmie, a tak się złożyło, że czas temu jakiś na fajnym kryminale byłem. I to w dodatku polskim - "Jeziorak". Zaintrygowało mnie, bo reklamowano to jako kryminał klasyczny w formie, w dodatku bez nazwisk znanych z telenowel, reklam Play i innego gówna, a na dokładkę debiut reżyserski. Wybrałem się i spędziłem naprawdę ciekawie 90 minut.

Faktycznie jest to klasyczny kryminał. Mamy zbrodnię, mamy upartą policjantkę, która za wszelką cenę dąży do ujęcia sprawcy, mamy też serię twistów gmatwających nam obraz. Wszystko to w realiach małego miasteczka gdzieś na głębokich Mazurach, gdzie las, puszcza, jeziora i najbliższe duże miasto w czwartek w lewo. Ale nie mamy tu wiwisekcji i parady upiorów, jak u Smarzowskiego - jest małomiasteczkowo. Czyli sennie, ale z jakimś takim dziwnym niepokojem, że coś złego się w tej senności czai. Całość akcji rozłożona jest na morderstwo z jednej strony i dziwne zniknięcie dwóch policjantów miejscowego komisariatu z drugiej. Jeden z zaginionych był związany uczuciowo z główną bohaterką, co tylko nadaje jej twardego rysu, bo mimo osobistego dramatu nie wychodzi z roli twardego gliny. I ta twarda glina powoli odkrywa, jak mocno śmierdzące układy rządzą jej miasteczkiem...

Podobało mi się wystylizowanie tego filmu, plastyka zdjęć. Całość kręcono pod Warszawą, a wygląda jak prawdziwe Mazury. Do tego niepokojące kadry, czasem niemal jak z horroru jakiegoś. I scenariusz całkiem niegłupi, w miarę nieprzewidywalny i z fajnie rozrysowanymi postaciami, bez szeleszczenia papierowością. Jeśli dodać do tego Jowitę Budnik grającą zupełnie wbrew swojemu dotychczasowemu emploi, świetnego Łukasza Simlata i parę jeszcze smaczków i ról aktorskich, to nawet dość obcesowe nawiązanie do "Fargo" (ciężarna policjantka prowadzi śledztwo) nie będzie przeszkadzało w dobrej i niegłupiej zabawie kryminalnej. W kinach pewnie już ciężko to będzie trafić, jakoś tak się złożyło, że "Jeziorak" nie był blockbusterem - ale gdy wyjdzie na DVD, warto będzie po ten film sięgnąć. 

 

wtorek, 11 listopada 2014

Składanki tego typu powinny mieć nalepkę "Uwaga! Może wywoływać imprezy!". No, ale mówimy o przeglądzie twórczości Casablanca Records, czyli bodaj najbardziej wpływowej wytwórni ery disco, która zarobiła miliony na samej tylko Donnie Summer. Mamy tu dwadzieścia hitów takich, że nogi same prą na parkiet się pobujać. Oczywiście Donna jest obficie reprezentowana, ale są też choćby Village People, Parliament, Lipps Inc. czy Giorgio Moroder. I słuchając tych hiciorów można się zadumać, jaką fajną muzyką było tamto disco. W epoce - symbol obciachu. Prymitywne, mówiono, hedonistyczna muzyka użytkowa. A teraz jak się słucha tych szacownych klasyków typu "Funkytown", "TGI Friday", "YMCA" czy "Hot Stuff" to można wpaść w zachwyt, jakie to było...kunsztowne. Po pierwsze, świetnie wyprodukowane i zaaranżowane. Melodie zaraźliwe - co numer, to murowany hit z czołówki list. Po drugie - co tam się działo muzycznie. Te funkowe smaczki, dęciaki, chórki, pycha. No i dziś można taki album zapodać na imprezie i ludzie zaczną tańczyć, murowane. Nawet jeśli brakuje tu jeszcze paru przebojów, np. Cameo czy "Love to love you" Donny. Ale wtedy musiałby to być album dwupłytowy, a tak - samo gęste i zero obciachu. Co w sumie przyznaję z zaskoczeniem.

Aha, poza disco Casablanca zajmowała się też rockiem. Kiss nagrywali tu swoje najlepsze albumy. I zespół Angel na przykład. Ale jednak największy szmal płynął z płyt Donny, Giorgia, Lippsów, Wsiórów i Parliamentu, nie oszukujmy się. W ramach ilustracji muzycznej Village People właśnie, "YMCA". Po pierwsze - bo lubię ten numer. Po drugie, bo to znakomita piosenka. Pomijając dość zabawny, niemal wprost gejowski tekst, muzycznie to soczyste, grubaśne funky z tak chodzącym basem, że tylko się oblizać. No i znajdź dziś odważnego, który skleci TAKI boysband :) 

 

środa, 05 listopada 2014

Zdecydowanie złym pomysłem jest słuchanie "War" w drodze do pracy. Człowiek naładuje się energią i potem pół dnia tupie pod biurkiem. No tak, "War". Jedna z najlepszych w dorobku U2, przy której ich dorobek od "Zooropy" w dół jest o, taki malutki. No, ale jeśli płyta zaczyna się od "Sunday Bloody Sunday" a potem jest jeszcze lepiej, to o czym my w ogóle mówimy. A "New Year's Day", w jakim sensie poświęcony Wałęsie i Solidarności, to jeden z największych numerów U2 w ogóle. Surowy rytm, surowe brzmienie, jazgotliwe solo gitary, żarliwy śpiew. Do dziś rozwala na łopatki. Zresztą sami dobrze wiecie, bo znacie na pamięć. A jeśli jakimś cudem nie znacie, to posłuchajcie.

 

wtorek, 04 listopada 2014

Yusuf. Że nic wam to nie mówi i nie znacie faceta? Znacie, znacie. Cat Stevens, anyone? A, no właśnie. Tyle, że Cat Stevens od trzydziestu kilku lat nazywa się Yusuf Islam, a "Tell'em I'm Gone" to jego druga płyta od powrotu do bycia czynnym muzykiem w 2009 roku. Płyta przepiękna, wzruszająca...taka, za jakie kochałem Cata Stevensa w przeszłości.

Niezwykłe, ale prawie nic się nie zmieniło. To wciąż piękne, poetyckie piosenki zaaranżowane głównie na akustyczną gitarę, fortepian, czasem na nieco większy skład. Najczęściej ballady, czasem jakiś żywszy, podbity bluesem temat. Zresztą tych bluesów jest na płycie sporo - Yusuf jak rzadko sięgnął po kilka coverów, czy to tradycyjnych, czy to np. po piosenkę Edgara Wintera i nadał im osobisty sznyt. Poza tym to taka płyta na luzie, bardzo anachroniczna, ale dzięki temu tak doskonała. Oto wspaniały artysta, wielki głos, który nic już nikomu nie musi udowadniać nagrał album. Ot tak, po prostu. Trzydzieści kilka minut muzyki, wzruszeń, obcowania z jednym z najbardziej poruszających twórców świata. A na dokładkę rusza w Peace Train Tour. Ludzie na to czekają - amerykańska część tournee wyprzedała się błyskawicznie, Europa czeka w kolejce. Polska? Cóż, pewnie nie będzie nam dane, nad czym ogromnie ubolewam, bo to wydarzenie na miarę powrotu scenicznego Kate Bush.

Zresztą posłuchajcie sami - "Dying to Live" Wintera w cudnej interpretacji Yusufa Islama aka Cata Stevensa.

 

poniedziałek, 03 listopada 2014

Teodor Szacki powrócił po raz trzeci i - podobno - ostatni. Sam autor zarzeka się zresztą w ostatnim słowie, że to los endos, ziel, meta, finito, the end. Pożyjemy, zobaczymy jak mawiali bracia mniejsi. Póki co jest wielki finał trylogii. I jak jest? Cóż... Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście.

Najbardziej prawy prokurator III RP, wiedźmin KPK, silne ramię sprawiedliwości nawiedza tym razem Olsztyn. Swoją drogą rzuca Szackiego po Polsce, jak Żyda po pustym sklepie. Warszawa, potem Sandomierz, teraz Warmia. Plus taki, że przynajmniej mamy okazję do poczytania ciekawych spostrzeżeń Miłoszewskiego na temat rodzinnego miasta jego żony. Szacki w Olsztynie ma domek naprzeciwko Prokuratury, a w domku wodę, światło, gaz  nową kobietę i... córkę. Bo eks żona przekazała mu na wychowanie nastoletnią progenturę. Młoda zaprzyjaźnia się z nową kobietą swojego ojca, ma też problemy typowe dla dojrzewających panien, będzie to źródłem oczywistych konfliktów z ojcem i doprowadzi do mocnego finału powieści. Ale może bez spojlerów.

Zaczyna się ta historia od dwóch epizodów. Po pierwsze Szacki ma padawana asesora. Jest to młodzian o dziwo jeszcze sztywniejszy i większy proceduralista, niż sam Teo (a wydawało się, że to niemożliwe). Po drugie Szacki zupełnie przypadkiem dostaje sprawę znalezienia w jakiejś piwnicy kościotrupa. Początkowo sprawę bagatelizuje - stare kości w miastach, które w latach wojny dotknął front, nie są niczym nadzwyczajnym. Więc umarzamy, a kości przekazujemy na cele naukowe. Okazuje się, że to jednak nie takie proste, bo kości nie okazują się Niemcem sprzed wielu dekad, a całkiem świeżutkim denatem. W dodatku ktoś przemyślnie sprawił, że denat stał się szkieletem w kilka raptem dni. Prokurator może więc zacząć przeklinać dzień, w którym zapragnął, by w jego pracy zaczęło się coś dziać. Bo szkielet okazuje się należeć nie do jednej, a do... pięciu osób, które łączy w ten czy inny sposób zjawisko przemocy domowej. A Szacki w dodatku w pewnym momencie popełnia ważny błąd, który w konsekwencji doprowadzi do dramatycznego finału.

Piszę dość enigmatycznie, ale nie chcę za dużo zdradzać, bo Miłoszewski bardzo ładnie poplątał akcję tak, że drobiazgi mogą być ważnymi spojlerami. Finałowe rozwiązanie zagadki "kto?" jest może zbyt oczywiste, ale to jak poprowadzona jest ku temu rozwiązaniu akcja, to rzemieślniczy majstersztyk. Do tego obowiązkowe dygresje, które parokrotnie sprawiły, że spłakałem się ze śmiechu (beton i paździerz wygrywają przez nokaut), a dla kontrastu są tu też sceny, które walą po łbie jak młotem, choć pozornie nic się w nich takiego nie dzieje (tu medal dostaje scena ze światem widzianym oczami parolatka, która mnie dosłownie zgniotła psychicznie). Wisienką na torcie są sceny z doktorem Frankensteinem oraz przepis, jak rozpuścić ludzkie zwłoki na kilkanaście sposobów, w tym kreatywnie używając "Kreta".

Ogólnie to chyba najlepsza, jak dotąd, powieść Miłoszewskiego. W sumie szkoda, że facet zdecydował się na rozstanie z taką postacią, jak Szacki, bo można było z tego jeszcze trochę dobrego ukręcić. Ale z drugiej strony kończymy mocnym akcentem i to też jest fajne. Ciekaw jestem, co dalej. I czy będzie z tego film - generalnie to materiał, którym nie pogardziłby Smarzowski, choć pewnie inaczej rozłożyłby akcenty. Tak czy owak - polecam. Najlepszy obecnie polski "kryminalista" jest w doskonałej formie.

gniew 

PS. Fajna jest też dwuznaczna geneza tytułu książki. Z jednej strony jest to siła napędowa powieściowego Złego. Ale z drugiej strony w paru miejscach przewija się zdanie, że gniew to słowo, które świetnie opisuje samego Szackiego. Intrygujące.

niedziela, 26 października 2014

Jakie to cholernie smutne, gdy coraz częściej uderzają wiadomości o śmierci tej, czy innej legendy... Dziś w wieku 71 lat zmarł Jack Bruce. Basista i twórca większości repertuaru Cream, chociażby. Bo jakby wgłębić się w listę jego współpracowników z okresu solowego i ludzi, na których płytach udzielał się gościnnie, nie starczyłoby internetu. Wspaniały muzyk, wielka legenda rocka, bluesa i jazzu. I tym większy żal po stracie...

Posłuchajcie "Politician" - w wersji z Rorym Gallagherem na gitarze. Dwóch nieżyjących geniuszy razem.

 

01:05, tarkus74 , R.I.P.
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 października 2014

Generalnie to ja Elektrownię uwielbiam od "Autobahn" po "Electric Cafe", czyli okres, gdy zespół tworzyły roboty o imieniach Ralf, Florian, Wolfgang i Karl. Wczesne płyty są dla mnie ciężkostrawne, a po 1986 grupa w zasadzie już nic nowego nie nagrała. Ale z tych wszystkich płyt największe wrażenie robi na mnie zawsze jedna - "Die Mensch-Maschine". Aha - płyt KRaftwerk należy słuchać w wersjach niemieckojęzycznych. Edycje światowe to zgrzyt - ta muzyka musi być alles Deutsch, żeby poprawnie zabrzmieć. Jak Rammstein, który nota bene się Kraftwerkiem inspirowali. No i właśnie. Jakby wymienić listę nazw i nazwisk, które wśród inspiracji wymieniają Kraftwerk, to by internetu nie wystarczyło. A są to pozycje od rocka, przez pop, techno, awangardę, metal po disco. Niewiele jest grup równie mocno odciskających swoje piętno na współczesnej muzyce. I niewiele jest płyt, które równie mocno wyznaczyły światowe trendy na ostatnie trzy dekady, jak to miało miejsce przy okazji "Die Mensch-Maschine". Są tu zalążki techno-popu, synth-popu, proto-techno, proto-hip hop, proto-industrialu... Niesamowity album. Do dziś można go puścić na dowolnej imprezie i ludzie będą się przy tej muzyce bawić. A dodatkowo jeszcze niesamowita stylówka kwartetu - w pół drogi między bezduszną machiną, a wycyzelowanym aż do przesady nazistowskim efebem w wersji androidalnej. Uwielbiam ich coś ze trzy dekady i nie zanosi się, by mi przeszło. Zresztą posłuchajcie sami - czy te numery się cokolwiek zestarzały po 36 latach?

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19